O walce z epidemią koronawirusa z perspektywy nauki o zarządzaniu kryzysowym rozmawiamy z prof. WSH dr hab. Michałem Kaczmarczykiem, rektorem Wyższej Szkoły Humanitas i profesorem w Instytucie Zarządzania tej uczelni.
Umówił się Pan na wywiad w swoim gabinecie, a nie przez telefon czy skype. Nie pracuje Pan zdalnie, jak większość Polaków?
Zarządzam jedną z największych uczelni niepublicznych w południowej Polsce. Kończę też realizację dwóch międzynarodowych projektów badawczych. Nie wszystko jestem w stanie zrobić zdalnie. Aby studenci mogli uczestniczyć w wykładach on-line, ktoś musi im zapewnić sprawnie działający system. Rząd nakazał nam prowadzić dydaktykę na odległość i na tym poprzestał. Uczelnie pozostawione zostały bez wsparcia, podobnie jak szkoły. Musimy radzić sobie sami. W pracy zachowuję wiele procedur bezpieczeństwa, przestrzegam zaleceń lekarzy, ale na uczelni fizycznie bywać muszę, by to wszystko jakoś ogarnąć.
Nie boi się Pan?
COVID-19? Boje się, jak każdy. Ale nie bardziej niż raka, zawału czy smogu.
Zabrzmiało, jakby Pan lekceważył zagrożenie?!
Chciałem, by zabrzmiało jak głos rozsądku. Każdego roku z powodu smogu umiera w Polsce ponad 45 tys. osób. W Europie ta liczba sięga blisko 800 tys., a na świecie 5 mln. Rak zabija w Polsce 110 tysięcy ludzi, na świecie 8 milionów. Ryzyko, że dopadnie mnie któryś z powyższych zabójców jest statystycznie kilkaset razy wyższe niż ryzyko śmierci z powodu COVID-19. Jestem naukowcem i mam w sobie silnie uaktywniony gen krytycznego myślenia. Dla mnie liczą się dane i racjonalna wiedza. Nigdy nie poddaję się instynktowi stadnemu. Wiele działań i zachowań, które obserwuję w Europie w związku z epidemią koronawirusa nie ma nic wspólnego z racjonalnością. Ma za to wiele wspólnego z paniką. Znajdujemy się w oku kryzysowego cyklonu. Ale większość decydentów, którzy próbują opanować tę sytuację, nie zdałyby u mnie egzaminu z zarządzania kryzysowego. I nie mam tu na myśli wyłącznie decydentów w Polsce. Zarządzanie jest nauką, która od lat dostarcza politykom konkretnych narzędzi, zasad i koncepcji do wykorzystania w takich sytuacjach, jak ta obecna. Ale naukowców się nie słucha. Nie tylko epidemiologów i lekarzy. Również prakseologów, ekonomistów, socjologów, psychologów. Politycy zawsze wiedzą lepiej. W efekcie, pod presją patogenu powodującego chorobę z maksymalnie pięcioprocentową śmiertelnością, obserwujemy burzę społeczno-gospodarczą niespotykaną w historii powojennego świata. Efekty tej burzy będą katastrofalne, dużo poważniejsze niż medyczne skutki COVID-19 . A wszystko przez błędy w zarządzaniu kryzysowym.
Jakie błędy?
W zarządzaniu kryzysowym kluczowe jest właściwe zidentyfikowanie istoty kryzysu. W odniesieniu do epidemii koronawirusa już na tym etapie popełniono błąd.
Istotą kryzysu jest rozprzestrzenianie się zakażeń. Wydaje się logiczne, że w tej sytuacji celem władz powinno być powstrzymanie epidemii i zmniejszenie liczby zachorowań.
Otóż nie. Istota kryzysu leży zupełnie gdzie indziej. Jest nią wyższa niż w przypadku innych chorób zakaźnych liczba zgonów spowodowanych COVID-19. Podstawowy błąd w zdefiniowaniu istoty kryzysu prowadzi zaś do tego, że przeciwdziałamy nie temu zagrożeniu, które jest zagrożeniem podstawowym i realnym, ale skupiamy się na kwestiach pobocznych. Działania władz powinny zmierzać do ograniczenia liczby zgonów, a nie liczby zakażeń jako takich. Takie zdefiniowanie celu musi prowadzić do wykorzystania innych narzędzi niż te, które stosują decydenci. W zarządzaniu strategicznym instrumenty dobieramy do celów, nie odwrotnie. Dlatego poprawne określenie istoty problemu, a potem celu, który chcemy osiągnąć, aby na ten problem zareagować, jest podstawą skutecznego działania. I odwrotnie - błąd na tym etapie strategii zarządzania powoduje, że podejmowane działania są nieskuteczne, a wręcz szkodliwe. Widząc istotę problemu nie w liczbie i dynamice zgonów, a w liczbie i dynamice zachorowań, na epidemię koronawirusa zareagowaliśmy nie do końca właściwie. Politycy, media, celebryci, ale i część ekspertów zachowuje się tak, jakbyśmy wszyscy mieli jutro umrzeć. Tymczasem COVID-19 jest niebezpieczny przede wszystkim dla ludzi powyżej 60 lat. Zagrożenie dla dzieci, młodzieży i dorosłych, nieco rosnące z wiekiem, jest tylko nieco wyższe niż przy grypie. Oczywiście to nie oznacza, że osoby młode mogą bagatelizować koronawirusa. Oznacza jednak, że ryzyko, iż z jego powodu umrą lub ciężko zachorują, jest statystycznie niewielkie. Prawdziwe ryzyko zaczyna się u osób starszych. Według danych z Włoch jedna czwarta ofiar koronawirusa to osoby po osiemdziesiątce. Wynika z tego w sposób oczywisty, że głównym celem walki z epidemią powinno być ograniczanie liczby zakażeń w grupie najwyższego ryzyka, a tym samym zmniejszanie liczby ciężkich przypadków COVID-19, a nie powstrzymywanie rosnącej liczby zakażeń w ogóle, bo to walka z wiatrakami. Minister Zdrowia zachowuje się jak Don Kichot, co zresztą sam przyznaje mówiąc, że jego celem jest tylko spowolnienie dynamiki zachorowań, by przygotować system ochrony zdrowia na dużą liczbę chorych. Tylko że to przygotowywanie systemu powinno polegać na czymś zupełnie innym niż wprowadzanie totalnej izolacji społecznej. Konieczne było już wiele miesięcy temu radykalne wzmocnienie placówek medycznych, by lepiej radziły sobie z leczeniem COVID-19. Niestety, cele zarządzania kryzysowego zdefiniowano inaczej, co najlepiej widać na polskim przykładzie. Efekty są przerażające.
W Polsce liczba zgonów na COVID-19 nie jest szczególnie wysoka. To nie są przerażające dane, porównując je z Włochami czy Hiszpanią.
Przerażają nie konsekwencje medyczne zachorowań wywołanych koronawirusem, ale skutki społeczne i gospodarcze epidemii. Ludzie umierają nie na COVID-19, ale na inne choroby, nie mogąc doczekać się pomocy ze strony systemu ochrony zdrowia, który nagle przestał walczyć z rakiem i zawałami. Walczy wyłącznie z koronawirusem. W Polsce odwołano tysiące operacji, dziesiątki tysięcy badań. Popadliśmy w obłęd.
To też wina błędów w zarządzaniu kryzysowym?
Oczywiście! Kolejna fundamentalna zasada zarządzania kryzysowego nakazuje działać prakseologicznie, to znaczy sprawnie i racjonalnie, odrzucając emocje oraz pokusy, by zachowywać się stadnie i populistycznie. Takie pokusy w sytuacjach kryzysowych są czymś naturalnym, bo kryzys z definicji generuje emocje, które chcą nam wyłączyć myślenie i podpowiadają drogi na skróty. Wyobraźmy sobie, że przyłapujemy na gorącym uczynku włamywacza, który wdarł się nam do domu. Pierwsza myśl: spuścić mu solidny łomot. Ale jeśli to zrobimy, po pierwsze możemy potem odpowiadać karnie, a po drugie, jeśli włamywacz jest silniejszy od nas, przegramy tę walkę. Emocje to fatalny doradca. Niestety, w kryzysie zbyt często go słuchamy. Działamy nieracjonalnie, podobnie jak nasi decydenci, próbujący walczyć z koronawirusem poprzez zakazy wstępu do lasu. Błędy w zarządzaniu kryzysowym polegały też na tym, że mimo nadciągającej epidemii nie przygotowaliśmy spójnych i efektywnych procedur na wypadek kryzysu. Wiedzą to najlepiej ludzie, którzy próbowali uzyskać pomoc po zidentyfikowaniu u siebie objawów potencjalnego zakażenia. Byli odsyłani od Annasza do Kajfasza. Nawet pracownicy sanepidu nie wiedzieli, co robić. Nie mieli żadnych szkoleń, nie przekazano im precyzyjnych wytycznych. Mimo że już w styczniu polski wywiad ostrzegał przed ogromnym ryzykiem epidemii, nie wdrożono procedur antykryzysowych, nie opracowano żadnego planu, choć to abecadło zarządzania kryzysowego. Wręcz przeciwnie, Główny Inspektor Sanitarny bagatelizował problem i zapewniał, że nie ma konieczności modyfikowania obowiązujących procedur. Dziś to brzmi jak ponury żart. Tak się nie prowadzi walki z poważnym przeciwnikiem.
W Pana ocenie przegrywają tę walkę?
Tak. Z błędów, jakie popełniono organizując reakcję na epidemię, mógłby powstać solidny podręcznik do antyzarządzania kryzysowego. W dodatku nikt nie wyciąga z tych błędów wniosków.
To jak, Pana zdaniem, powinniśmy zareagować na epidemię? Wdrożyć scenariusz szwedzki?
Nauka o zarządzaniu daje tu konkretne podpowiedzi. Spójrzmy na sytuację z punktu widzenia zarządzania kapitałem ludzkim. Taka optyka każe nam w pierwszej kolejności dokonać segmentacji kapitału ludzkiego, to znaczy zidentyfikować grupy ludzi, które będą miały najistotniejsze znaczenie dla naszego kryzysu. Pierwsza grupa to osoby w wieku 60 plus. Druga grupa to osoby zakażone, realnie lub potencjalnie. Trzecia grupa to pracownicy ochrony zdrowia. Wokół tych grup powinna się koncentrować walka z kryzysem. Gdybym ja zarządzał obecnym kryzysem epidemicznym, zastosowałbym totalny „lock-down” osób z grup ryzyka, a więc osób starszych. Osoby te otrzymałyby całkowity zakaz wychodzenia z domów i utrzymywania kontaktów społecznych, poza sytuacjami absolutnie wyjątkowymi. Cały wysiłek aparatu pomocy społecznej skoncentrowałbym na zapewnieniu i egzekwowaniu tego „zamknięcia”, łącznie z dowożeniem żywności do miejsc zamieszkania seniorów oraz wprowadzeniem systemu dotkliwych sankcji za złamanie zakazów. Podobne obostrzenia wprowadziłbym wobec osób, które powracały z zagranicy. One pod żadnym pozorem nie powinny być skierowane do kwarantanny domowej, jak to się działo nagminnie, tylko od razu należało je odizolować w specjalnych ośrodkach, np. sanatoriach, akademikach itp. Wszystkie te osoby powinny być też obowiązkowe przebadane na obecność koronawirusa. Szybko i skutecznie odizolowane powinny być wszystkie osoby zakażone. Zrealizowanie tego planu wymaga przeprowadzania ogromnej liczby testów. Liczba wykonywanych w naszym kraju badań na obecność SARS-CoV-2 jest skandalicznie niska. Podobnie jak poziom zabezpieczenia systemu ochrony zdrowia przed zagrożeniami związanymi z COVID-19. Pracownicy ochrony zdrowia to kolejna kluczowa grupa ludzi do walki z kryzysem. Jeśli ci ludzie nie mają nawet maseczek i kombinezonów ochronnych, nie mówiąc już nawet o poddawaniu ich masowym testom, to mamy tu do czynienia z antyzarządzaniem kryzysowym. To tak jakby w firmie, w której wybuchł kryzys finansowy, odciąć nagle księgowych od komputerów i aplikacji rachunkowych, a skupić się na wydawaniu instrukcji dla portierów, w jaki sposób powinni wydawać klucze. I liczyć na to, że w ten sposób uda się pokonać kryzys. Z chwilą, gdy stało się jasne, jakie konsekwencje epidemia wywołała w Chinach, w Europie natychmiast na ochronę zdrowia powinny zostać przeznaczone gigantyczne nakłady, pozwalające zabezpieczyć sprzęt ochronny, respiratory, miejsca w szpitalach itd. Oczywiście na tyle, na ile w tak krótkim czasie byłoby to możliwe. Takich działań jednak nie podjęto. 4 marca w Polsce stwierdzono pierwszy przypadek zakażenia koronawirusem. 6 marca prezydent podpisał natomiast ustawę przyznającą 2 miliardy złotych telewizji publicznej. Nie przypominam sobie podobnej specustawy dla systemu ochrony zdrowia. Jednak winę za to, jak funkcjonują dziś szpitale, które znalazły się w oku cyklonu, ponoszą nie tylko politycy. Odpowiedzialni są również lekarze.
Lekarze?
Medycy dzielą się dziś na dwie grupy. Pierwsza, zdecydowanie liczniejsza, to lekarze, którzy z oddaniem i narażeniem życia próbują leczyć pacjentów w tych koszmarnie trudnych warunkach, w jakich znalazła się ochrona zdrowia pod presją pandemii. Ale jest i grupa druga. Lekarze, którzy pozamykali gabinety i bez powodu uciekli z pola walki. W konsekwencji pacjenci albo umierają, pozostawieni bez pomocy, albo szturmują i tak już dorżnięte szpitale, które pracują „na kilku etatach”, za lekarzy rodzinnych i licznych specjalistów-dezerterów, od kardiologów po chirurgów. Oczywiście zdarzają się sytuacje, że zamknięcie gabinetu bądź całej przychodni jest w pełni uzasadnione, np. przepracowaniem lekarzy. Ale zdarzają się i takie, kiedy zamknięcie gabinetu pozbawione jest racjonalnego uzasadnienia. To tylko pogłębia zapaść ochrony zdrowia i utrudnia skuteczną walkę z COVID-19 . Tymczasem wzmocnienie tego systemu jest jedynym kluczem do efektywnego rozwiązania sytuacji kryzysowej, o której rozmawiamy. U nas natomiast, podobnie jak w wielu innych krajach, uznano, że tym kluczem będzie zamknięcie wszystkich w domach i sparaliżowanie sektora usług. Tyle że z punktu widzenia teorii zarządzania kryzysowego to pójście na skróty.
Cała Europa się myli?
Nie cała. Coraz więcej ekspertów i polityków mówi to, co ja, krytykując strategię totalnego „lock-down”. Izolacja i ochrona ludzi, i to w bardzo radykalnym wydaniu, jest potrzebna, ale powinna dotyczyć przede wszystkim grup ryzyka. I nie może być ruchem pozorowanym, jak u nas. Zamykamy ludzi w domach, a jednocześnie pozwalamy lekarzom zarażać się i roznosić wirusa, nie zapewniając im podstawowych środków ochrony osobistej. Wprowadzamy zakaz wstępu do lasu, a nie wdrażamy żadnych procedur postępowania ze zwłokami ofiar COVID-19. Rozporządzenie w tej sprawie wydane zostało dopiero 3 kwietnia, gdy epidemia już zbierała śmiertelne żniwo. Gdyby odpowiednio postępowano z grupami ryzyka i wcześniej wzmocniono system ochrony zdrowia, strategia walki z epidemią nie musiałaby prowadzić do całkowitego zamrożenia gospodarki i życia społecznego. Niestety, już za kilka miesięcy liczba samobójstw i depresji zacznie drastycznie rosnąć. A to tylko dwa z setek problemów, przed którymi stanie świat. Najsmutniejsze, że strategia totalnego „lock-down”, mimo iż będzie miała tak dramatyczne konsekwencje społeczne, nie pomoże w realnej walce z epidemią. To tylko gra na czas. Nie na sukces.
Można jeszcze spróbować zagrać na sukces?
Można. Po pierwsze należałoby krok po kroku przywracać w miarę normalne funkcjonowanie gospodarki, pamiętając jednocześnie o konieczności zapewnienia drastycznego „lock-downu” dla grup ryzyka . Reszta populacji powinna stopniowo wracać do firm i szkół, działających oczywiście na „zwolnionych obrotach” i w silnym rygorze sanitarnym. Dobrym pomysłem są cykle naprzemienne, by ograniczyć komunikację, zatłoczenie w klasach, biurach itp. Firmy pracujące w taki sposób nie zarobią może fortuny, ale przetrwają i nie pociągną PKB drastycznie w dół. O zniesieniu wszystkich zakazów na razie nie ma mowy, oczywiście powinniśmy zapomnieć o udziale imprezach masowych czy wyjściu do kina. Ale w budowaniu systemu obostrzeń trzeba zachować zdrowy rozsądek, widząc ich następstwa w długiej perspektywie. Niszcząc jedną epidemię, nie powinniśmy wywoływać kolejnej. Po drugie, ogromne środki, które państwo powinno mieć zabezpieczone, trzeba by wpompować w ochronę zdrowia. To nie ludzie powinni robić zrzutki na respiratory. Od tego jest władza publiczna. Po trzecie, trzeba radykalnie zwiększyć liczbę testów oraz uszczelnić system izolacji chorych. Po czwarte, konieczne jest zasadnicze wzmocnienie systemu ochrony zdrowia, nie tylko w wymiarze finansowym, ale także kadrowym i organizacyjnym. Rząd, zamiast wydawać rozporządzenia określające dopuszczalną odległość między emerytami stojącymi w kolejkach do marketu, powinien wdrożyć wreszcie spójne procedury izolacji pacjentów z rozpoznanym zakażeniem, bo nawet tego dziś nie ma. Wciąż mylona jest na przykład izolacja z kohortacją. Pozorowanych działań mamy już przesyt. Wreszcie czas na te realne.
Prof. WSH dr hab. Michał Kaczmarczyk – profesor w Instytucie Zarządzania Wyższej Szkoły Humanitas w Sosnowcu i rektor tej uczelni, do 2014 roku wykładowca Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Specjalista w zakresie zarządzania publicznego, zarządzania jakością i komunikacji społecznej. Wykonawca projektu badawczego „Zarządzanie jakością w administracji i biznesie”, finansowego ze środków Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Laureat Stypendium Ministra Nauki dla wybitnych młodych naukowców. Doradca zarządów przedsiębiorstw, instytucji publicznych i organizacji pozarządowych, członek Kapituły Ogólnopolskiego Konkursu „Wysoka Jakość w Ochronie Zdrowia”. Autor kilkudziesięciu publikacji naukowych z zakresu zarządzania i marketingu.
Dziękuję za rozmowę.