Zanim zachorowałam, byłam typem „szarej myszki”: cicha, spokojna, trzymająca się z boku. Nigdy się nie wychylałam. Moje życie to rodzina, praca, dom. Wieczny brak czasu na wszystko. Mimo narzekań - nic nie zmieniałam. Tkwiłam w tym na własne życzenie – opowiada Anna Grabarczyk.
W lipcu 2017 roku usłyszałam, że mam raka. Nie pamiętam nic innego, tylko to słowo, które rozbrzmiewało w moich uszach. Po moim ciele rozchodził się ogień. Nic więcej nie czułam, tylko strach. Jedyne, co do mnie dochodziło do mnie to świadomość, że umieram. Mama zmarła, ja też umrę - dodaje.
Mąż Anny wypowiedział wtedy słowa, które zmieniły wszystko: Proszę, nie poddawaj się, bo ja nie dam rady. Od tamtej pory w głowie miałam tylko to, że nie mogę dać za wygraną. Taka podła istota jak rak nie jest warta moich łez. W mojej głowie stworzyłam sobie regał, wszystko poukładałam do odpowiednich szuflad, strach i panikę schowałam do jednej i zamknęłam na klucz. Zdarzało się, że mimo to szuflada sama się otwierała, najczęściej podczas nieprzespanych nocy. Musiałam wtedy na nowo wszystko układać i naprawiać zamek – wyznaje Anna Grabarczyk.
Bardzo bała się reakcji swoich dzieci na wiadomość o tym, że zmaga się z nowotworem. Okazało się, że zupełnie niepotrzebnie. Mąż każdego dnia powtarzał Annie, że z włosami czy bez dla niego jest tą samą, najważniejszą osobą. Był wielkim wsparciem. W grudniu przeszłam do działania. Zrobiłam sesję zdjęciową, która miała początkowo trafić do szuflady. Moją uwagę przykuło jednak jedno zdjęcie…. Wiedziałam, że jego miejsce nie jest w szufladzie. Zrobiłam plakat, który nawoływał kobiety do badania piersi. Po opublikowaniu go na mediach społecznościowych – ruszyła lawina wiadomości.
"Szara myszka” zmieniła się w osobę aktywną, wspierającą innych, której „wszędzie pełno”. Wiedziałam, jak trudny jest czas zaraz po diagnozie. Poznałam Monikę, zaczęłyśmy wspólne akcje społeczne. Do dziś raz w miesiącu odwiedzamy oddział onkologii w rybnickim szpitalu, wręczamy paczki, pomagamy. Widzimy tam dużo: czasami łzy, niedowierzanie, radość – opowiada Anna Grabarczyk. Dla takich wolontariuszek jak ona najważniejsze jest… dawanie nadziei, że są wokół dobrze ludzie, jest siła do walki, chwile radości w miejscu, w którym o to bardzo trudno. Przyszedł też czas by otworzyć szufladę ze zdjęciami. Pojawił się wspólny cel: edukować, dbać o profilaktykę raka piersi, uczyć, odbierać telefony. Słyszeć: „Boże, ja umieram!”. Dokładnie takie słowa wypowiadałam po diagnozie. Teraz słucham, rozmawiam. Krok po kroku próbuję pomóc wejść na odpowiedni tor. Raka przecież się dzisiaj leczy. Moje życie dzisiaj wygląda inaczej. Rozpoczęłam studia. Wiem, co w życiu jest najważniejsze. Szanuję każdą chwilę, każdego człowieka, kocham śpiew ptaków o świcie nawet wtedy, gdy nie dają mi spać – mówi z uśmiechem Anna Grabarczyk. Podkreśla, że choroba to nie kara, która coś odbiera. To takie życiowe… okulary, dzięki którym lepiej widać problemy własne i innych. Łatwiej wyjść z cienia, wyjąć zdjęcia z szuflady, pokazać się i opowiadać o sobie. Anna Grabarczyk jest dziś ambasadorką Fundacji Oko w Oko z Rakiem. Przecież nie ma już „szarej myszki”.