Rozmowa z byłym redaktorem naczelnym "Fabryka Silesia" m.in o tym, dlaczego kwartalnik zniknął z rynku.
Dorota Prynda: Czym kwartalnik „Fabryka Silesia” był dla jego czytelników?
Krzysztof Karwat: Niech inni to ocenią. To było pismo kulturowe, tożsamościowe, programowe i autorskie. Pojmuję kulturę szeroko, tak jak definiują ją antropolodzy czy etnolodzy. Kultura to powietrze, którym oddychamy, a nie część takiego czy innego „resortu”, „wydziału”, „branży” czy innej „instytucjonalnej ramy”. Ona nas uczłowiecza, czyni podmiotami, a nie przedmiotami procesów dziejowych. To przestrzeń aksjologii, złożona ze zmieniających się w czasie wartości, które wyznaczają rytm i sens naszego istnienia na tym „łez padole”. Rzecz jasna, istnieje też węższa definicja kultury, widziana jako zbiór takich czy innych wydarzeń, filmów, książek, spektakli, wystaw, koncertów itp., itd. Wiele z tych artefaktów (czy instytucji kulturalnych) wspiera się publicznym groszem. Polskie tradycje w tej mierze są nadzwyczaj bogate, wręcz imponujące, idą co najmniej od czasów Oświecenia i „upaństwawiania”, „uspołeczniania” mecenatu nad tzw. kulturą wysoką. Warto pamiętać o tym także dziś, gdy pieniędzmi podatników, i to naprawdę dużymi, wspiera się różnego rodzaju eventy, np. bezpłatne dla widzów popisy piosenkarzy disco polo. Nie mam nic przeciwko miłośnikom tego rodzaju rozrywki (ani samej tej rozrywce), ale jednocześnie uważam, że skoro na nią jest miejsce, to może i na „Fabrykę Silesia” powinien być choćby tylko - użyjmy etnolektu śląskiego - „konsek placu” (czyli „kawałeczek miejsca”). Bo przecież tego gatunku pisma kulturowe funkcjonują w wielu innych regionach Polski i Europy. Górny Śląsk jest gorszy? Niby dlaczego? Bo zaludniają go „robole”, jak się w latach komuny z pogardą mówiło o gospodarzach naszej ziemi rodzinnej? Nie ma mojej zgody na przywracanie takich bądź podobnie brzmiących skompromitowanych haseł i poglądów.
Z jaką reakcją się Pan spotkał po napisaniu emocjonalnego listu otwartego w reakcji na zamknięcie „Fabryki Silesia”?
Nie sądzę, by tekst, który napisałem, był emocjonalny. Owszem, tkwią w nim uczucia. To powinno być zrozumiałe. To są uczucia człowieka, który „swoje zrobił”.
Czy brak tego pisma zostanie, według Pana, zauważony?
Już jest. Tu i ówdzie pojawiają się publikacje. Otrzymałem dziesiątki listów elektronicznych. Moja skrzynka e-mailową ciągle się zapełnia. Odebrałem i nadal odbieram też wiele telefonów. Podobno dyskutuje się na ten temat także w mediach społecznościowych.
Skąd dochodzą te sygnały ?
Ze środowisk literackich, artystycznych, dziennikarskich, naukowych i akademickich Krakowa, Wrocławia, Opola, Warszawy, oczywiście także Katowic i innych miast województwa śląskiego. Ci ludzie mówią: „żal”, „jaka szkoda”, to „wielka szkoda”, to „wyrwa” i „szkoda” właśnie. Zwykła kurtuazja? Nie sądzę. Nie tylko dlatego, że odebrałem również wiele innych słów, których kurtuazyjnymi w żadnej mierze nazwać by nie można. Mocnych słów.
Poda Pan nazwiska?
Nie, bo to są kontakty prywatne, utrzymywane już nie z redaktorem naczelnym „Fabryki Silesia”, lecz z Krzysztofem Karwatem.
Czy widzi Pan siebie w innej, alternatywnej dla „Fabryki” inicjatywie wydawniczej, medialnej?
Nie wiem, co stanie się jutro, za tydzień, za rok. Rozmawiamy w niedzielę i dziś jestem tylko jednego pewny. Za godzinkę, dwie zjem obiad (śmiejąc się). Mam nadzieję, że będzie mi smakował, choć na moim talerzu nie znajdą się kluski, rolada i modro kapusta. A na poważnie? Wykonałem ciężką robotę, niekiedy układającą się w całotygodniowe ciągi, po kilkanaście godzin dziennie, nie wyłączając sobót i niedziel. Czy ta praca została doceniona? Ja ją wykonałem! I wielu fantastycznych autorów z różnych generacji, z różnych stron Polski, także z Niemiec i Czech. Ich teksty nigdy by nie powstały, gdyby nie „Fabryka”. Każda rzecz była bowiem oddzielnie zamawiana i jednoosobowo opracowywana redaktorsko. Tego wymagała formuła monograficzna naszego kwartalnika. Największe wsparcie otrzymywałem ze strony Rady Redakcyjnej: Waldemara Szymczyka, Ingmara Villqista i Zbigniewa Kadłubka. Pisaliśmy o dniu wczorajszym, dzisiejszym, ale i o tym, kim my, mieszkańcy tej części Rzeczypospolitej, chcielibyśmy być w przyszłości, kim miałyby być nasze „późne wnuki”, w oparciu, o jakie wartości, ci, którzy przyjdą po nas, powinni kształtować swą egzystencję, jak powinien wyglądać ich „świat najmniejszy”.
Więc jaka ta przyszłość powinna być dla nas, żyjących tu, na Śląsku?
Powinna być taka, jaką sobie wspólnie wymyślimy. Taka, na jaką sobie zasłużymy swą pracę, także tą intelektualną, bo bez niej znowu staniemy się „robolami”, a przynajmniej tak będziemy postrzegani albo - co jeszcze gorsze - sami będziemy się tak wzajemnie nazywali i w końcu naprawdę się nimi staniemy. Wierzę, że nasz region będzie jednak przestrzenią wolności i demokracji. Triumfu woli jednostki nad anonimowymi, odhumanizowanymi siłami, które powiedzą nam wszystkim, i każdemu z nas z osobna, kim mamy być i jak mamy żyć.
Publikujemy list Krzysztofa Karwata:
Szanowni Państwo, parę dni temu podjąłem decyzję, że nie będę już prowadził kwartalnika „Fabryka Silesia”. Zamykam więc to pismo, choć - rzecz prosta - to nie powinna być prerogatywa redaktora naczelnego; w normalnych sytuacjach o tak fundamentalnych kwestiach zawsze rozstrzyga wydawca. Dziwaczne i przykre, że w tym przypadku musi być inaczej. Wiele miesięcy temu wydawca „Fabryki Silesia” (w obecności wspierającej mnie Rady Redakcyjnej) zakomunikował mi, że nasze pismo będzie „zawieszone”. Ileś tygodni później, w krótkim dialogu prowadzonym już tylko ze mną, wydawca powtórzył zdanie z kluczowym, jak się miało okazać, słowem: „zawieszone”. W kolejnych miesiącach rozmów ze mną już jednak nie podjął, zaś kilkanaście dni temu, nie informując mnie o tym, usunął mój redaktorski adres mejlowy, tym samym pozbawiając mnie możliwości kontaktowania się z „Fabrycznymi” Autorami, których mam rozsianych po całej Polsce (kilkunastu współpracowników pozyskałem również w Niemczech i Czechach). Sprawa zablokowania mojego dostępu do serwera wydawniczego jest - oczywiście - drugorzędna i groteskowa. Z zażenowaniem o niej piszę. A jednak piszę, bo ten epizod w widowiskowy sposób dopowiada przesłania ukryte w wieloelementowej jarmarcznej scenografii tej marnej farsy politycznej, rozgrywanej tuż nad brzegami śmierdzącej Rawy (inf. dla nieznających Katowic: Rawa to niewielka rzeka przepływająca przez środek tego miasta, nie wiedzieć dlaczego śmierdzi akurat tuż pod oknami rezydencji wydawcy „Fabryki Silesia”; Rawę od co najmniej 120 lat próbuje się przykryć, kiedyś perfumami katowickich mieszczek tudzież wysokimi drzewami i podkoloryzowanymi landszaftami sprzedawanymi na bazarach za fenigi a potem grosze, a teraz przykrywa się ją betonem i pachnącymi krzewami, a ona i tak śmierdzi, znamienne, że co parę lat wylewa fekaliami, swego czasu np. bezczelnie topiąc cenne zbiory biblioteczne najważniejszej tutejszej Alma Mater, i w ogóle z uporem, słusznie kojarzonym z ludności rodzimą Górnego Śląska, za nic ma sobie wolę kolejnych samodzierżawnych książąt i ich giermków, snadnie czerpiących apanaże z pracy górnośląskiego „ludu”). Istotniejsze są przecież powody, dla których nasz kwartalnik tak długo pozostawał „zawieszony”. One do dziś są dla mnie niejasne (dość powiedzieć, że nigdy mnie nie zdymisjonowano, a w każdym razie - ja nic o tym wiem). Wedle mojej wiedzy, którą - z oczywistych powodów - podzielić się tutaj z Państwem nie mogę, to nie względy finansowe sprawiły, że w roku 2019 nie przygotowałem, nie zredagowałem, a potem nie przesłałem do druku i ogólnopolskiej dystrybucji kolejnych wydań naszego periodyku. Ktokolwiek myśli (bądź mówi), że „Fabryka Silesia” zbankrutowała, myli się. Albo po prostu kłamie. Mogę się tylko domyślać, dlaczego wydawca uznał, że „Fabryka” musi być „zawieszona”, a nie - na przykład - zlikwidowana. Nie będę tutaj snuł na ten temat rozważań. Spekulacje pozostawiam spekulantom politycznym. Zaś ocenę moralną działań tego wydawcy tudzież jego towarzyszy i mocodawców partyjnych (wczorajszych, dzisiejszych i jutrzejszych) - pozostawiam tym osobom, które „Fabrykę” ceniły i dla których była ważna, bo coś im do ich życia dodawała. Przypomnę, że kwartalnik „Fabryka Silesia” 7 lat temu wymyślił, wykreował, redagował i wypromował Jan F. Lewandowski (1952-2015). Po jego śmierci, przejąłem obowiązki naczelnego i prowadziłem to pismo aż do jego ostatniego, monograficznego - jak zawsze - wydania, sygnowanego hasłem okładkowym „W PAMIĘCI” (nr 4 [22]/2018). Czytelnikom oddaliśmy grubo ponad 2 tysiące kolumn (stron). Mimo, że „Fabrykę” zamykam, nieustająco polecam ich lekturę. Dziękuję setkom Autorów. Dziękuję Współpracownikom Lewandowskiego i moim: historykom, antropologom kulturowym, językoznawcom, filologom, naukowcom z rozmaitych obszarów humanistyki, ekonomistom, ekologom, dziennikarzom, publicystom, reportażystom, fotografikom, wszelkiej maści artystom, pisarzom, poetom, prozaikom, grafikom, malarzom, krytykom, tłumaczom i komu tam jeszcze. Dziękuję Mecenasom, Donatorom i Reklamodawcom. CZYTELNIKOM. Słowem - tym wszystkim ludziom, którzy rozumieli, że w „Fabryce Silesia” podjęliśmy się niełatwego zadania rozszyfrowywania Górnego Śląska, w jego dziejowych i współczesnych splotach z szeroko rozumianą kulturą dawnej i dzisiejszej Rzeczypospolitej (a także innych organizmów państwowych, które - na ziemiach wyznaczonych linią Odry - przez wieki budowały nieprzemijające wartości kulturowe i wspólnoty ludzkie). Próbowaliśmy w „Fabryce” wyznaczyć Górnemu Śląskowi należne mu miejsce nie tylko na mapie Polski. Widzieliśmy go jako ważny fragment naszej części Europy. Czy w takiej perspektywie udało się nam ten region na nowo zobaczyć i opisać? Krzysztof Karwat
P.S. Pewien mój Przyjaciel zapytał mnie ostatnio, czy wiem, ile z tej z niepoliczalnej ilości godzin pracy tak wielu ludzi, które przełożyły się na to, czym „Fabryka Silesia” była, w nas zostanie. Odparłem: „Nie wiem”. Bo nie wiedziałem. W tej sekundzie wydaje mi się, że jestem jakby mądrzejszy i może „trochę wiem”. Więc proponuję: umówmy się, że za 5, 10, 50, a najlepiej 100 lat znowu się spotkamy i wspólnie poszukamy sensowniejszej odpowiedzi na pytanie mojego dobrego kumpla. OK? Super. No, to do jutra. Miłego dnia.
KK