Siostrzeniec premiera Mateusza Morawieckiego miał zostać zatrzymany przez policję. Powodem demonstracja pod siedzibą PiS-u.
Niedziela w Warszawie była gorąca. Według różnych obliczeń nawet 100 tysięcy ludzi miało pojawić się na wiecu zorganizowanym przed Donalda Tuska. Przedstawiciele opozycji w ten sposób chcieli przedstawić swoją krytykę na wyrok Trybunału Konstytucyjnego, który uznał, że polska Konstytucja jest ważniejsza od unijnego prawa. Według przeciwników władzy, takie działania mogą zakończyć się tzw. Polexitem, czyli wyjściem Polski z Unii Europejskiej. W okolicach Planu Zamkowego swój protest zorganizowały środowiska narodowe zorganizowane wokół Roberta Bąkiewicza. Kontrmanifestacja próbowała zagłuszyć wiec opozycji.
Część demonstrujących dotarło pod siedzibę Prawa i Sprawiedliwości, które otoczyła policja. Właśnie wtedy miało dojść do zatrzymania siostrzeńca premiera Mateusza Morawieckiego - Franka Brody, aktywisty LGBT.
Policja się na mnie rzuciła, wywaliła mnie na ziemię, zgarnęli mnie na bok. Skuli. Zaczęli mnie kopać. Stanęli na mnie - mówił Broda w rozmowie z dziennikarzem Krzysztofem Boczkiem.
Na Twitterze pojawiły się materiały wideo, na których widać, że ktoś faktycznie leżał na ziemi w kajdankach. Jednak trudno stwierdzić kto to był. Jak informuje Onet, stołeczna policja potwierdza, że zatrzymana została jedna osoba w związku z naruszeniem nietykalności funkcjonariusza. Według Brody miał zostać zatrzymany z powodu użycia środków pirotechnicznych.