Przedstawiciele branży gastronomicznej, zmagającej się z kryzysem w efekcie pandemii, protestowali we wtorek w Katowicach. Przed Śląskim Urzędem Wojewódzkim w Katowicach przygotowali stoły i zaserwowali członkom rządu RP symboliczną czarną polewkę.
De facto zabroniono nam działalności – bo sprzedaż na wynos to kropla w morzu potrzeb – a równocześnie musimy odprowadzać daniny, przede wszystkim składki na ZUS. Nie jesteśmy w stanie przetrwać. Ktoś, kto nam proponuje 5 tys. zł, nie ma zielonego pojęcia, jakie są faktyczne koszty prowadzenia firmy – to jest kilkadziesiąt tysięcy złotych w przypadku pojedynczej restauracji
– powiedział dziennikarzom restaurator Adam Mazurkiewicz.
"Chcielibyśmy wiedzieć, czego możemy się spodziewać, nie powinniśmy się dowiadywać o zmianach z dnia na dzień. Dziewczyna, która musiała po ostatnich obostrzeniach odwołać planowane u mnie i tak już niewielkie wesele, płakała. Nie ma żadnego planu działania, a nie łudźmy się, to nie będą 2 tygodnie, a co najmniej pół roku" – dodał.
Adam Rzewuski ze sztabu kryzysowego gastronomii polskiej powiedział, że branża oczekuje od rządu przedstawienia 6-miesięcznego planu wychodzenia z kryzysu. "Jeśli ten obecny, już drugi lockdown potrwa pół roku, to 60-70 proc. śląskiej gastronomii przestanie istnieć” – przewiduje.
Protestujący mieli ze sobą banery z napisami: "Rząd zabija świadomie restauracje, fitness, rozrywkę, hotele" i "1 mln ludzi bez pracy – odpowiedzialność premiera RP".
Protest był związany z obostrzeniami obowiązującymi od 24 października, które zakładają zamknięcie restauracji, pubów i barów. Dozwolona jest jedynie sprzedaż jedzenia na wynos. (PAP)