Rak prącia, najczęściej występujący między 5. a 7. dekadą życia, jest w Polsce wciąż zbyt późno wykrywany, przez co leczenie jest bardziej obciążające dla pacjenta, a rokowania gorsze – wskazuje urolog dr Andrzej Kupilas, który jest ordynatorem oddziału urologii w Szpitalu Miejskim nr 4 w Gliwicach.
W przypadku zaawansowanego nowotworu nie zawsze daje się uratować organ – konieczna jest amputacja. "Tymczasem mężczyźni często lekceważą pierwsze, niepokojące sygnały, a nawet jeśli je widzą, to zwlekają z wizytą u specjalisty, która jest dla wielu z nich trudna. Myślę, że to efekt wciąż żywego u nas kultu macho" – powiedział PAP dr Kupilas, który jest ordynatorem oddziału urologii w Szpitalu Miejskim nr 4 w Gliwicach.
Czytaj także: nie żyje rybnicki iluzjonista, Tomasz Kabis - zmagał się z rakiem
Do zasięgnięcia porady lekarza na pewno powinien skłonić mężczyznę wyciek nietypowej wydzieliny spod napletka, zmiany zabarwienia skóry w tym rejonie, pojawienie się miejscowego stwardnienia. Leczenie podjęte na odpowiednio wczesnym etapie, nieinwazyjne, z wykorzystaniem lasera CO2, daje niemal stuprocentowe wyleczenia. Jeśli pacjent natomiast trafi do lekarza zbyt późno, jedynym wyjściem może być odjęcie prącia i resekcja węzłów chłonnych. Cewkę moczową wyprowadzamy wtedy między odbytem a workiem mosznowym, pacjent oddaje mocz na siedząco”
powiedział dr Kupilas
Dlatego zachęca mężczyzn, by porzucili fałszywy wstyd. "Na szczęście takie podejście zmienia się, choć bardzo powoli. Obserwuję to na przestrzeni mojej trwającej 18 lat praktyki. Coraz częściej nawet zdrowi mężczyźni, panowie po czterdziestce, przychodzą raz w roku na taki +check out+. Dużo dobrego w tym zakresie zrobiły akcje społeczne, takie jak listopadowy Movember. Z własnego doświadczenia mogę potwierdzić, że najwięcej przypadków raka jądra diagnozujemy tuż po tej akcji, w grudniu" – podsumował specjalista. (PAP)
Foto: Szpital Miejski nr 4 w Gliwicach