Udało nam się porozmawiać z wykładowczynią Uniwersytetu Stanowego Sumy, Ałłą Jarową. Do Polski dotarła dopiero po trzech tygodniach wojny w Ukrainie. - Nasze kobiety wypychały wroga bez żadnej broni w rękach - mówi Ałła.
Ałła Jarowa to docent na Uniwersytecie Stanowym Sumy. Przed wojną pracowała na Wydziale Dziennikarstwa i Filologii SSU. Jednak 24 lutego wszystko się zmieniło.
Na początku, czyli 24 lutego byliśmy w szoku, a potem my na szybko się ogarnęli i zaczęliśmy się grupować. 25 lutego nasi mężczyźni i nasze kobiety stworzyli obronę terytorialną. Ukrywaliśmy się w piwnicach, ale przy tym zbieraliśmy puste szklane butelki, dlatego, żeby robić koktajle mołotowa i bronić nasze miasto - mówi Ałła.
Pracowniczka wyższej uczelni przyjechała do Polski dopiero w minioną środę. Przez trzy tygodnie obserwowała dramat wojenny w ukraińskiej Sumie. To jedno z pierwszych miast, które zaznało rosyjskiego barbarzyństwa. Jak relacjonuje Ałła, do Polski dotarła dzięki relacji nawiązanej z gliwickim okręgiem Związku Polskich Artystów Plastyków. Ukraińska wykładowczyni zamieszkała w Zabrzu.
Nam bardzo ciężko słyszeć jak codzienne giną nasze dzieci, małe dzieci - opowiada Ałła i dodaje, że od początku wojny widziała mnóstwo rodzinnych dramatów, żalu i smutku.
WIĘCEJ W PONIŻSZYM WIDEO: