Strajk, niekończące się negocjacje, aż w końcu dojście do porozumienia i stworzenie planu likwidacji kopalń. To był bardzo trudny rok dla Polskiej Grupy Górniczej i nic nie wskazuje na to, aby 2021 był lepszy.
Aktualny kryzys rozpoczął się już w 2019 roku, kiedy to Sebastian Darul, ówczesny górnik z Murcki-Staszic, zorganizował protest pod siedzibą Polskiej Grupy Górniczej. W wydarzeniu wzięło udział kilkuset górników, którzy nie byli związani z żadną organizacją społeczną. Jednak nic z tego nie wynikło, a sam Darul nie został nowym przywódcą ruchu górniczego.
Na przełomie listopada i grudnia 2019 roku związki zawodowe, naciskane przez pracowników kopalń PGG, ruszyły do boju o podwyżki.
Związkowcy przez kilka dni okupowali siedzibę PGG przy ul. Powstańców w Katowicach. To wówczas po raz pierwszy od strony zarządu spółki i przedstawicieli rządu padły obietnice przygotowania planu naprawczego dla PGG.
Obie strony porozumiały się w sprawie dodatków i tzw. "czternastki". Jednak nie spełniono głównego postulatu, czyli dwunastoprocentowej podwyżki.
Właśnie podwyższenie płac stało się punktem zapalnym wydarzeń w 2020 roku. Już na początku lutego w kopalniach PGG powołano pogotowie strajkowe. Do Katowic przyjechał potajemnie minister aktywów państwowych, Jacek Sasin. Po rozmowach ze stroną społeczną, dogadano się ostatecznie w sprawie czternastek, które były także powodem okupacji siedziby spółki w grudniu. Jednak związki zawodowe nie chciały odpuścić i ogłosiły strajk ostrzegawczy na 17 lutego, zaś 28 lutego miał odbyć się "najazd" na Warszawę.
Przemarszu przez stolicę nie było. Jacek Sasin obiecał związkom zawodowym podwyżkę w wysokości sześciu procent oraz jak najszybsze przygotowanie planu naprawczego dla Polskiej Grupy Górniczej.
Górnicy w social mediach nie ukrywali swojego zirytowania. Oskarżali stronę społeczną o sprzedanie się rządowi. Wtedy też w tle tej całej dyskusji pojawił się COVID-19, który coraz bardziej zagrażał Polsce.
W marcu pandemia koronawirusa została potwierdzona oficjalnie w naszym kraju. Jeszcze wtedy nikt nie wiedział, że mocno odbije się na funkcjonowaniu kopalń oraz samych górników. Również w marcu ze stanowiska sekretarza MAP został odwołany Adam Gawęda, który sprawował pieczę nad sektorem górnictwa w Polsce. Tym samym Jacek Sasin bezpośrednio zarządzał kopalniami należącymi do skarbu państwa.
Ten stan trwał aż do września, czyli do momentu, gdy Artur Soboń został mianowany pełnomocnikiem ds. restrukturyzacji górnictwa.
Pojawienie się nowej choroby w Polsce zepchnęło dyskusje nt. przyszłości górnictwa na boczny tor. Górnicy stali się wręcz znienawidzoną grupą społeczną, ponieważ media dzień w dzień informowały o rosnących ogniskach zakażeń na kopalniach. Polska Grupa Górnicza zdecydowała się na kilkutygodniowe postojowe.
Jastrzębska Spółka Węglowa również wprowadziła wiele ograniczeń w funkcjonowaniu swoich zakładów. W kwietniu i maju rozpoczęła się wielka akcja badań przesiewowych górników oraz ich rodzin. Pod kopalniami rozstawiono namioty, a we wszystkim pomagało nawet wojsko. W mediach pojawiły się doniesienia, iż górnicy nie są mile widziani w hotelach czy restauracjach.
Kryzys covidowy na kopalniach minął. Zbadano prawie wszystkich pracowników, a woj. śląskie nie było już czerwonym punktem na mapie Polski. Gdy kurz bitwy opadł, mogliśmy zauważyć straty, jakie odniosła Polska Grupa Górnicza. Okres postojowego nie wpłynął źle na PGG, ponieważ przynajmniej nie urosły zwały węgla. Jednak prezesa spółki, Tomasza Rogali martwiła inna rzecz. Zahamowanie polskiej gospodarki z powodu pandemii zmniejszyło zużycie węgla kamiennego, w którym specjalizują się zakłady PGG.
Tym samym spadła sprzedaż tego surowca. Tego pod koniec 2019 roku nikt nie przewidział. Sam Rogala w naszym studio mówił o tym, iż nie wiadomo czy w PGG wystarczy środków na wynagrodzenia dla pracowników wszystkich kopalń. W kwietniu i maju informował też o przewidywanych wielomilionowych stratach.
Tymczasem na przełomie kwietnia i maja problemy w PGG raczej nie wzbudzały zainteresowania u Jacka Sasina, który był zaangażowany w organizację wyborów korespondencyjnych, które ostatecznie nie odbyły się.
Górnicy nadal nie wiedzieli, czy mają szykować się do zmiany zawodu. Brak zaufania do PGG i związków zawodowych zmotywowało do działania oddolne inicjatywy. Brać Górnicza zaplanowała na 16 maja protest w Warszawie, jednak w ostatnim momencie wycofała się z tego pomysłu. Głównym powodem była pandemia COVID-19.
W lipcu przedłużono koncesję na wydobycie węgla kamiennego dla kopalni Ziemowit. Również w lipcu związkowcy zaczęli ponownie mówić o strajku, ponieważ strona rządowa nie przedstawiła planu naprawczego dla Polskiej Grupy Górniczej. Wreszcie pod koniec tego miesiąca Jasek Sasin ogłosił, iż spotka się ze stroną społeczną oraz władzami PGG, aby omówić plan naprawczy.
Już wtedy media informowały, iż projekt ratowania największej spółki sektora górniczego w Europie przewiduje program zamykania kopalń. Oprócz tego zakładano zawieszenie czternastek oraz wart 5 miliardów złotych pakiet osłonowy.
Do słynnego spotkania doszło 28 lipca. Wcześniej dziennikarka Karolina Baca-Pogorzelska ujawniła, iż rząd chce zamknąć dwie kopalnie: Wujek i Ruda. Związkowcy byli oburzeni. Ostatecznie na spotkaniu nie doszło do omówienia projektu. Natomiast Sasin skrytykował media za szerzenie fake newsów. Jak się później okazało, temat zamykania kopalń nie został wyssany z palca.
Nastał wrzesień. Wiceminister Artur Soboń przybył do Katowic, aby dojść do porozumienia ze związkami zawodowymi przy PGG. W końcu 25 września obie strony podpisały porozumienia. Górnicy otrzymali gwarancję zatrudnienia do emerytury. Jednak wraz z tym rząd ogłosił plan likwidacji kopalń PGG do 2049 roku. Po raz pierwszy władze oraz sami związkowcy potwierdzili, że koniec węgla kamiennego w Polsce zbliża się wielkimi krokami. Porozumienie przewiduje też udzielenie pomocy rządowej dla PGG. Na to jednak musi zezwolić Komisja Europejska. Górników zapewniono też, że elektrownia Rybnik będzie działać co najmniej do 2030 roku.
Rok 2020 zakończył się źle dla Polskiej Grupy Górniczej. 22 grudnia Tauron Polska Energia poinformowało, że przekazało PGG wypowiedzenie umowy na sprzedaż węgla. Spółka zarządzana przez Tomasza Rogalę nie kryła zdziwienia tą decyzją Tauronu. Dzień później PGG poinformowało, iż "Strony są przekonane, że w najbliższym czasie dojdą do porozumienia w kwestiach dotyczących wzajemnych relacji handlowych".
Po tej krótkiej analizie można z pewnością stwierdzić, że rok 2020 dla zakładów górniczych należących do skarbu państwa był jednym z najtrudniejszych w ostatnich 30 lat. Tymczasem 2021 rok może być jeszcze gorszy. Bo to właśnie w nadchodzących 12 miesiącach wygaszone zostaną kopalnia Wujek (połączenie z Murcki-Staszic) oraz Ruch Pokój.
Będzie to początek likwidacji wydobycia węgla kamiennego w Polsce. Nie wiadomo też na jakich zasadach PGG porozumie się z Tauron Polska Energia. Pewne jest to, że zapotrzebowanie na węgiel będzie malało. Czy faktycznie ostatnia tona węgla w Polsce zostanie wydobyta w 2049 roku? Trudno to przewidzieć. Pandemia COVID-19 nie pomogła sektorowi górniczemu.
Wszystko zależy też od Komisji Europejskiej. Jeżeli pozwoli polskiemu rządowi na wsparcie finansowe Polskiej Grupy Górniczej, wówczas górnicy powinni być spokojni. Jednak przy innym scenariuszu może dojść do zapaści całego sektora.
Chociaż sam prezes PGG Tomasz Rogala obawia się, że możliwa dotacja dla PGG nie zaspokoi potrzeb. Według szacunków transformacja tej grupy w ciągu najbliższych 10 lat może wymagać ok. 4,7 mld euro pomocy publicznej (ponad 20 mld zł). Są to olbrzymie koszty, a nadal nie znamy treści umowy społecznej, która powstaje. Następnie będzie musiała ją zatwierdzić Komisja Europejska. Przyszłość węgla kamiennego w Polsce wyklaruje się zatem w 2021 roku.