Już piątą dobę trwają poszukiwania mężczyzny podejrzanego o potrójne morderstwo we wsi Borowce w powiecie częstochowskim. Służby mają kilka hipotez. Nie wykluczają nawet samobójstwa mężczyzny.
Do tragedii doszło około godziny 1 w nocy w minioną sobotę. Jacek Jaworek miał zastrzelić swojego brata, szwagierkę oraz 17-letniego bratanka. Drugi bratanek ukrył się i uciekł z domu. Rano służby rozpoczęły poszukiwania.
Wizerunek Jacka Jaworka pojawił się wszędzie. Policja zakłada kilka hipotez. Mężczyzna może ukrywać się w okolicznych lasach. Mógł też wyjechać za granicę - to właśnie z Niemiec przyjechał do swojej rodziny. Służby i prokuratura nie chcą udzielać szczegółowych informacji.
Dramatyczne są relacje osób, które znały tę rodzinę. Już wcześniej miało dochodzić do awantur pomiędzy braćmi, o czym miała wiedzieć policja. Co więcej w mediach pojawiły się doniesienia, które wskazywały na to, że policja wiedziała o tym, iż podejrzany o potrójne morderstwo posiadał broń - Nie było zgłoszenia dotyczącego nielegalnego posiadania broni - powiedziała w rozmowie z Radiem ZET rzeczniczka Śląskiej Policji Aleksandra Nowara.
Od broni palnej zginęli: małżeństwo Janusz i Justyna oraz ich 17-letni syn Kuba.
- To była rodzina bardzo dobra (...) Janusz to był bardzo spokojny człowiek. Pracował z moim synem w jednej firmie prawie 20 lat. Jego żona nie pracowała, wychowywała dzieci. Kochana kobieta, Ślązaczka, która każdemu pomogła i nigdy nie odmówiła pomocy. A te dzieci.... złote – powiedziała sąsiadka w reportażu programu Uwaga TVN.
Podejrzany o morderstwo Jacek Jaworek rozwiódł się z żoną kilka lat temu. Od tamtej pory co jakiś czas przyjeżdżał do brata, u którego pomieszkiwał. Pół roku temu przyjechał znów i miał zostać tylko na kilkanaście dni. Ale wszystko przedłużyło się, m.in. z powodu pandemii. Sąsiedzi w reportażu Uwagi wskazali na to, że podejrzany nie dopłacał się do rachunków, nie miał pieniędzy, a utrzymywał go brat. To właśnie pieniądze miały być jednym z powodów konfliktu w rodzinie.