Rozmowa z Laureatem tegorocznego Tacyta, tłumacza na śląski „Dracha” i „Małego Princa” („Małego Księcia”) – Grzegorzem Kulikiem.
Dorota Prynda: Dlaczego ślonska godka często kojarzy się z panami spod monopolowego?
Grzegorz Kulik: Być może jest pani częściej wystawiona na takie obrazy. Mówiła pani, że podobała jej się moja przemowa na odebraniu Górnośląskiego Tacyta. Gdyby pani codziennie słyszała taką mowę po trzy albo cztery razy, to kojarzyłaby się ona pani z inteligencją. Ludzie, którzy chcą należeć do inteligencji na Śląsku, od setek lat muszą porzucać ten swój oryginalny język na rzecz czeskiego, niemieckiego, czy polskiego. Właśnie dlatego używam śląskiego publicznie, żeby to wrażenie osłabiać.
Czy tłumaczenie „Dracha” Szczepana Twardocha było szczególnym wyzwaniem, biorąc pod uwagę śląskie fundamenty, na których książka została oparta?
Tłumaczyło się go inaczej niż „Małego Princa” czy „Godnią Pieśń”. Szczepan Twardoch, mimo że pisze po polsku, to jego język jest na wskroś tutejszy. On składa zdania jak Ślązak. Dzięki temu w jego prozie można znaleźć wskazówki, jak ją napisać po śląsku. Dickensa i de Saint-Exupéry’ego tłumaczy się inaczej, bo trzeba te zdania składać od podstaw, ale nigdy nie trafiłem na nic, czego nie potrafiłbym przetłumaczyć. To nie jest tak, że ten język jest zawieszony w próżni, prawda? Jesteśmy ludem żyjącym w środku Europy, więc gdy mówimy po śląsku, to nie dzieje się tak, że mówimy, mówimy, i nagle yyy, i się zatrzymujemy, bo brak nam słowa. Słownictwo samo w sobie jest, więc wszystko się da poukładać tak, żeby się wyrazić po śląsku. Każdy język właściwie wygląda w ten sposób, że pierwsze pięć tysięcy słów to słowa mniej lub bardziej rodzime, a reszta to internacjonalizmy. Tłumaczenie na śląski naprawdę nie jest niewykonalne.
Ma Pan swój ulubiony fragment z „Dracha”?
Chyba najlepszy jest ten, w którym Josef siedzi w niedzielę wieczorem na laubie i rozmyśla o swoim dziadku, który pochodził z Szywołdu, ale zakochał się w Ślązaczce z Nieborowic. I ten akapit kończy się takim podsumowaniem, że właśnie z powodu tych wszystkich wydarzeń u Josefa w domu mówi się po śląsku. Bardzo dobrze się to czyta po polsku, i w śląskiej wersji też brzmi świetnie.
A fragment o świniobiciu?
Ja się akurat wychowałem w mieście, więc tego typu rzeczy są mi obce. Znam je, ale nie kojarzą mi się z jakąś tradycją, nie czuję z tym jakiegoś połączenia emocjonalnego. Ale opis jest fantastyczny. To jest Twardoch.
Jakie śląskie tradycje pan pielęgnuje?
Chyba żadne. Jedyna śląska tradycja, która jeszcze tu funkcjonuje, to dzieciątko, prawda? Mówienie dzieciom, że ono w Wigilię do nich przychodzi. A tak to może… rolada? Ale chyba też nie, bo przecież tak naprawdę ona pochodzi z kuchni niemieckiej. Nie mamy jakiejś ekstra tradycji. Jesteśmy wszyscy tak zglobalizowani, że na każdej szerokości geograficznej jemy kebab i oglądamy amerykańskie filmy. Tylko język nas wyróżnia.
No a krupniok?
Ale przecież gdzie indziej jest kaszanka, która różni się tylko nazwą. To nie jest żadna śląska tradycja. To się tak wydaje, jak się zna głównie swoje podwórko. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, że w innych regionach jest tak samo.
To czym Ślązak się charakteryzuje?
Może trochę inną mentalnością, ale trudno ją jakoś spójnie określić. Ani nie jesteśmy bardziej otwarci, ani bardziej robotni od innych, ani nie mamy jakiejś wyjątkowej kuchni. Jesteśmy po prostu jednym z ludów Europy, które nie różnią się jakoś szczególnie od siebie.
Szkoda tylko, że słabo mówimy po śląsku, bo Ślązacy mają kompetencje językowe siedmiolatków. W każdym innym języku jest tak, że jak się ma siedem lat, to się idzie do szkoły i potem przez dwanaście lat się ćwiczy pisanie w tym języku, który się wyniosło z domu i rozszerza się swoje kompetencje. Ślązacy tego nie mają. My się na tym siódmym roku zatrzymujemy i nie uczymy się śląskiego, nie jesteśmy w nim oczytani, nie jesteśmy wyćwiczeni w pisaniu. W efekcie znamy jakiś wycinek śląskiej mowy, bo znamy może z dwadzieścia osób używających tego języka i nie zdajemy sobie sprawy z tego, że ten język jest o wiele szerszy.
Te niskie kompetencje przynoszą jeszcze inny problem. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, że język to jest przede wszystkim gramatyka. Ludzie zwracają uwagę na słownictwo, bo to najbardziej trafia w ucho, i myślą, że jak się popodmienia jak najwięcej słów w zdaniu, to ono będzie po hiperśląsku. Ale co z tego, że zdanie jest pełne słów innych od polskiego języka literackiego, jeśli jest w nim pięć błędów gramatycznych? Właśnie tak się śląski rozpływa. Nie słowami, tylko zanikającą gramatyką; upodabniającą się z każdym rokiem do polskiej.
A co Pan sądzi o edukacji śląskiej w szkołach, instytucjach?
Kiedyś dyrektorka jednego muzeum pochwaliła mi się, robią warsztaty ze śląskiej godki dla dzieci. Przychodzi pani ubrana tradycyjnie i do tych dzieci mówi po śląsku. No fajnie, tylko że potem przychodzi po to dziecko normalnie ubrana mama i mówi po polsku. I w głowie dziecka zostaje obraz, że śląski jest tylko do specjalnych sytuacji, że trzeba się do niego specjalnie ubrać, że używają go określone osoby. Trochę jak hebrajski w dziewiętnastym wieku.
Ale chyba dobrze jest uczyć tradycji?
Pewnie tak, ale śląski język to nie jest tradycja. Czy polski to jest tradycja? Czy niemiecki to jest tradycja? Nie. To są normalne języki. To łączenie śląskiego z tradycją od razu wciska go w taki skansen, gdzie się składuje przestarzałe rzeczy, żeby one sobie tam były, i żeby można je było pooglądać od czasu do czasu.
Śląski to jest jeden z języków europejskich, nic innego. Rozwija się razem z innymi, trwa razem z innymi. Używają go ludzie korzystający ze smartfonów, chodzący do kina i zamawiający chińszczyznę z dowozem. Ani ten język, ani jego użytkownicy, nie odstają od reszty.