Katowice
Będzin
Bieruń
Bobrowniki
Bojszowy
Bytom
Chełm Śląski
Chorzów
Czeladź
Dąbrowa Górnicza
Gierałtowice
Gliwice
Imielin
Katowice
Knurów
Kobiór
Lędziny
Łaziska Górne
Mierzęcice
Mikołów
Mysłowice
Ożarowice
Piekary Śląskie
Pilchowice
Psary
Pyskowice
Radzionków
Ruda Śląska
Rudziniec
Siemianowice Śląskie
Siewierz
Sławków
Sosnowiec
Sośnicowice
Świerklaniec
Świętochłowice
Tarnowskie Góry
Tychy
Wojkowice
Wyry
Zabrze
Zbrosławice
-2 °C
AAA

To oni zginęli pod gruzami. Prowadzili pensjonat

Artykuły
Ofiary katastrofy to była znana rodzina w Szczyrku, także w świecie narciarskim i snowboardowym – mówili w czwartek rano szczyrkowianie o ofiarach środowego wybuchu gazu w domu jednorodzinnym w tej miejscowości - informuje PAP. "Byli bardzo znani, lubiani. To była rodzina z tradycjami narciarskimi, sportowymi. Mieli rodzinny stok narciarski "Kaimówka".

Do wybuchu doszło w środę wieczorem. W eksplozji zginęło osiem osób - czworo dorosłych i czworo dzieci.

W czwartek około południa burmistrz Szczyrku Antoni Byrdy poinformował dziennikarzy o apelu lokalnego samorządu, aby w związku z tragedią mieszkańcy uszanowali ją poprzez powstrzymanie się od imprez rozrywkowych - do godz. 24. w niedzielę. Mieszkańcy i turyści mówili jednak w tym czasie dziennikarzom, że niezależnie od formalnego ogłoszenia, w mieście jest już żałoba.

Jak powiedziała PAP Sabina Bugaj, pracująca w miejskim ośrodku kultury, promocji i informacji, rodzina, która zginęła w tragedii, była znana w Szczyrku i w świecie narciarskim, snowboardowym.

"Byli bardzo znani, lubiani. To była rodzina z tradycjami narciarskimi, sportowymi. Mieli rodzinny stok narciarski +Kaimówka+, na którym, jak mam 40 lat, to przynajmniej 35 lat jeździłam. Mieli rodzinny interes, jedną z pierwszych wypożyczalni sprzętu narciarskiego sportowego, serwis sprzętu. Byli trenerami narciarstwa, snowboardu" - wyjaśniała Bugaj.

Jak akcentowała, byli to lubiani, otwarci, poważani ludzie. "Mieszkali wielopokoleniowo, ci młodsi, z dziećmi, dziadkowie – my tak żyjemy w Szczyrku. Zawsze budowało się tu duże domy – tyle, ile dzieci, tyle praktycznie pięter, żeby mieszkać razem. Jeszcze wiele takich domów wielopokoleniowych tutaj jest – to był jeden z przykładów, gdzie jeszcze naprawdę wszyscy mieszkali, bo różnie już teraz bywa" - obrazowała.

"Oni tu wszyscy mieszkali, to bardzo gęsta zabudowa – taka uliczka. Żyli bardzo blisko razem. A my się tu wszyscy znamy – mamy 5,6 tys. mieszkańców. Wszyscy spotykamy się w kościele, albo w ośrodku zdrowia, na zakupach, na ulicy. Widujemy się praktycznie na co dzień – to mała społeczność, zatem dotyka to wszystkich" - podkreśliła Bugaj.

Dodała, że w czwartek mieszkańcy Szczyrku odbierają liczne telefony – od znajomych czy zaprzyjaźnionych turystów. "Ludzie dzwonią z Polski, dokładnie znają tę rodzinę, jej nazwisko: Kaim" - wskazała.

Jak dodała, część dzieci z rodziny chodziła do szczyreckiej szkoły podstawowej nr 1, część do szkoły nr 2. "Dzisiaj jest taki dzień, kiedy tych dzieci w szkole nie ma. Wiem, że dzieci i młodzież są objęte dziś opieką psychologiczną, wiele z nich, idąc dziś do szkoły, mijało to miejsce. Oglądają telewizję, w domach o tym się mówi. Nie było takiej tragedii w Szczyrku – nie było na tak dużą skalę, aby tak duża rodzina zginęła" - oceniła.

„To jedna z największych tragedii, jakie spotkały nas do tej pory - taką małą społeczność. Szczyrk jest znany, wydawałoby się, że to kurort, a to wioska: 5,6 tys. mieszkańców i mamy raz tyle miejsc noclegowych. Więc tej skali tragedia dotyka wszystkich. Pominąwszy proceduralną kwestię, żałobę: wszyscy mamy tę żałobę, po prostu. A ludzie chcą w niej pomagać, przyjechać, coś zrobić" - zaznaczyła Bugaj.

W pobliże miejsca katastrofy przyszła w czwartek rano pani Wanda, która od blisko dwóch tygodni wypoczywa o pobliskim ośrodku rehabilitacyjnym. "Chciałam po prostu łzę uronić" – mówiła dziennikarzom. "Straszny dzisiaj u nas był smutek na stołówce i w pokojach. Wszyscy tylko o tym mówią. Każdy miał nadzieję, że kogoś żywego wyciągną. Po prostu przeżywamy śmierć tych ludzi" – zadeklarowała.

Ofiary tragedii znał m.in. szczyrkowianin, pan Antoni. "Bardzo dobrze się znamy, choć ja jestem starszy. Na nartach razem jeździliśmy, oni prowadzili warsztat, w którym ostrzyli i smarowali narty" – powiedział PAP. "Dzwonił też do mnie pan z Warszawy, który przyjeżdżał na narty, i pyta, gdzie to się stało, co się stało. Mówię mu: tam, gdzie ostrzyłeś te narty, u tego Józka. To znany człowiek" – dodał pan Antoni.

Jak powiedział, w środę wieczorem usłyszał potężną eksplozję. "Myślałem, że piec mi wybuchł. Poleciałem na dół do kotłowni i patrzę – wszystko w porządku. Za chwilę już straż, alarm" - opowiadał.

Polska Spółka Gazownictwa (PSG) poinformowała PAP w nocy ze środy na czwartek, że "najbardziej prawdopodobną przyczyną katastrofy w Szczyrku w środę wieczorem było uszkodzenie gazociągu średniego ciśnienia podczas robót wykonywanych przez firmę AQUA System".

Do wybuchu doszło w domu jednorodzinnym oddalonym o niespełna sto metrów od głównej szczyrkowskiej ulicy: Salmopolskiej. Mieszkająca w nim rodzina miała tuż obok, u podstawy zbocza Skrzycznego, własny stok i prowadziła niewielki ośrodek narciarski – z dwoma wyciągami, wypożyczalnią sprzętu i szkółką narciarską.

W czwartek rano przy głównej ulicy Szczyrku między wozami straży pożarnej i innych służb stała naczepa firmy AQUA System – z dodatkowym napisem "Przewierty sterowane". (PAP)

Czytaj także: 7 i 8 ofiara tragedii w Szczyrku.


Komentarze